Mówi ludziom to, co jej zdaniem chcą usłyszeć...
„Mówi ludziom to, co jej zdaniem chcą usłyszeć, po czym ma do nich żal.”
Notatki dla Johna, Joan Didion
W
chwili, w której przeczytałam powyższe zdanie, natychmiast stanęło mi przed
oczami milion sytuacji, w których tak właśnie zrobiłam. Na przykład wtedy,
kiedy mąż mnie o coś prosił, a ja niekoniecznie miałam ochotę na realizację jego
prośby, a jednak się zgodziłam. Niby dla świętego spokoju, ale spokoju nie
było, bo on musiał za to zapłacić, w końcu nie ma nic za darmo.
W
takich sytuacjach fukam i złoszczę się, nie jestem specjalnie miła, a i to
pewnie mało powiedziane. Oczywiście można zadać pytanie, dlaczego nie chcę
mówić o swojej niewygodzie, wtedy jednak należałoby rozwinąć temat, a na to
potrzebny byłby więcej niż tylko jeden skromy post. Dlatego napiszę bardzo
ogólnie. U mnie zwykle bywa tak, że nie mówię nie, bo nie chcę komuś
zrobić przykrości albo uważam, że tak właśnie należy postąpić. Bywa, że
nie mam siły lub ochoty mierzyć się z konsekwencjami odmowy, czyli w zasadzie z
niezadowoleniem. Zdarza się też, że chcę komuś zrobić przyjemność i w chwili, w
której wyrażam zgodę, towarzyszy mi przekonanie, że owszem dam radę.
Nie
zagłębiam się w psychologiczne aspekty braku asertywności i nie zamierzam dzisiaj
o niej pisać, to wyczerpany temat. Potrafię mówić nie, a w zasadzie już
potrafię, mimo to, po prostu zdarza się, że tego nie robię, godzę się tym samym
na coś, na co nie mam ochoty. Jestem niemal pewna, że większość z nas tak ma.
Nie bylibyśmy ludźmi, gdybyśmy nie zwracali uwagi na bliskich. Tyle że każdy,
kto choć raz był w takiej sytuacji, wie, że godzenie się na coś wbrew sobie nie
jest całkiem bezkosztowe.
Właśnie
o tę zapłatę idzie, bo przyglądając się własnym emocjom, wiem, że swoje
niezadowolenie kieruję w dwie strony. Do siebie mam pretensję, że oto znowu…
Ale do tych, którzy mnie o nieprzyjemne emocje przyprawili, to dopiero mam
pretensje. No bo dlaczego postawili mnie w tej sytuacji, przecież tak mi z tym
niewygodnie. I mogliby się zastanowić, że może wymagają ode mnie zbyt wiele. Skąd
w ogóle taki pomysł? W końcu dobrze, zrobię to, ale taka jestem zła, że chyba
trochę robię łaskę.
Brzmi
znajomo? Mam nadzieję, bo jeśli nie, to jednak mam poważny problem. Trochę
przejaskrawiam, ale czy nie ma w tym ziarna prawdy? Dojrzałość wprawdzie
zobowiązuje do brania odpowiedzialności za własne decyzje i raczej nie uprawnia,
do przerzucania jej na inne osoby. Zanim jednak sobie o tym przypomnę, już
czuję, a przez moją głowę przetacza się lawina myśli. Tak naprawdę w tym
zupełnie niedojrzałym zachowaniu nie mam ochoty myśleć o dojrzałości.
Mniejszy
problem mam z odmowami w stosunku do osób z mojego dalszego otoczenia, nie
wspominając o obcych, ale bliskie mi osoby, to co innego, tu w grę wchodzą
właśnie emocje.
Nie
jestem zupełnie bezkrytyczna, więc żal mam nie tylko do tych, których
oczekiwania nie przypadły mi do gustu, przede wszystkim żal mam do siebie.
Dostrzegłam problem jakiś czas temu. Pisałam nawet o tym, co pod spodem:
https://annakobietazwyczajna.blogspot.com/2024/04/wieczorny-foch-czyli-troche-o-tym-co.html
Odbyłam
z mężem rozmowę, wyjaśniłam mu pokrótce jak działa ten mechanizm i ustaliliśmy,
że jednak będę wobec niego szczera, a on to udźwignie. Czy tak się stało? Cóż,
niekoniecznie…
Od
żalu całkiem blisko jest do złości. Również na samą siebie, na przykład w
sytuacjach, w których nie potrafię rozmawiać z tak zwanymi fachowcami. Ich
postawa i sposób komunikacji często mnie przerasta. W zbyt wielu przypadkach
nie umiem wprost powiedzieć, że nie zgadzam się na takie wykonanie pracy, że mi
się nie podoba, więc zostaję z tym wykonaniem i za każdym razem, gdy spoglądam
na dzieło owego fachowca, czuję złość. Na szczęście zdarzają się odpowiedzialni
i kulturalni profesjonaliści, z którymi potrafię się porozumieć, choć niestety
należą do rzadkości.
Sytuacja
być może nie byłaby aż tak poważna, można żyć ze źle zrobioną huśtawką
ogrodową, lecz ta postawa ma swoje daleko idące konsekwencje. Tak daleko, że sięgają
moich dzieci. Lata temu, gdy moja córka była we wczesnych klasach szkoły
podstawowej, na jednym ze spotkań wychowawczyni powiedziała, że M. nie potrafi
rozpychać się łokciami, rezygnuje i nie walczy o swoje. Na tak sformułowaną
uwagę oburzyłam się wewnętrznie. Uznałam, że to chyba dobrze, że się nie
rozpycha, ale teraz uważam inaczej. Wychowawczyni miała rację, dzisiaj trudno poradzić
sobie w życiu bez rozpychania się. Jestem zła i jest mi przykro, bo faktycznie
jej tego nie nauczyłam. Jak to zrobić, jeśli samemu ma się braki?

Komentarze
Prześlij komentarz