Marudzenie i narzekanie
Kiedyś o tym napomknęłam, dzisiaj chciałabym się przyjrzeć
zagadnieniu trochę bliżej. Chodzi o narzekanie i marudzenie. Czasem myślę, że
to nasza narodowa cecha. Są osoby, które strach zapytać co słychać, bo nie
przestają opowiadać o tym, jak jest fatalnie, a jeśli chcielibyśmy coś wtrącić,
udowodnią nam, że mają gorzej. Tylko spróbujmy podpowiedzieć jakieś
rozwiązanie. Wtedy natychmiast otrzymamy odpowiedź, że łatwo mówić, że się nie
da i oczywiście, dlaczego się nie da. Zwykle nie oni są temu winni. Jestem
przekonana, że niemal od razu każdemu z nas staje przed oczami, mniej lub
bardziej znajoma osoba z taką przypadłością.
W dodatku Polacy rzadko są tak naprawdę zadowoleni. Zwykle
znajdzie się jakaś łyżka dziegciu w beczce miodu.
Nie mam na myśli osób, które swoją opowieścią chciałaby nas
zatrzymać na dłużej, bo są samotne. Chodzi o tych, którzy zawsze mają
najgorzej. Zbyt wiele spotkań zamiast od słów „jak miło Cię widzieć” rozpoczyna
się od narzekania.
Ponieważ czasowo mieszkam za granicą, funkcjonuję w
środowisku międzynarodowym. Dochodzę do wniosku, że w dziedzinie marudzenia jesteśmy
mistrzami. Nie chcę przez to powiedzieć, że uważam obcokrajowców za lepszych od
nas. Co to, to nie. W narzekaniu najlepsi jesteśmy my, ale za to robimy
wrażenie na innych nacjach gościnnością i otwartością. Podczas odwiedzin u
znajomych Francuzów, gospodarz powiedział nam, że są regiony we Francji, w
których zaproszenie do domu nowych znajomych, zajmuje średnio 4 lata,
poczuliśmy się naprawdę zaszczyceni, bo znamy się zaledwie od roku.
Belgowie są pomocni, mili i życzliwi. Od samego rana
uśmiechają się, życzą wszystkim miłego dnia i uprzejmie do mnie mówią merci
m'dame. Nagle w wielu czterdziestu kilku lat z kobiety zwyczajnej stałam się
m'dame. Za to bezlitośnie przepychają się w tramwaju. I nie spieszą się, niby
dobrze, ale dla kogoś wychowanego w Polsce, ta opieszałość może być nie lada
wyzwaniem.
Norwegowie nie mają w słowniku określenia „kombinować” - czy wyobrażacie sobie nasz kraj bez tego słowa? Pewnie byśmy wykombinowali jakieś inne.
Czesi podobno na wyścigi mówią dzień dobry.
Ale to właśnie tego uśmiechu, uprzejmości i życzliwości
brakuje mi, gdy wracam do domu w Warszawie, bo pani z pobliskiego Netto
zupełnie inaczej nastraja mnie na rozpoczynający się dzień (muszę zaznaczyć, że
to skrajny wyjątek). Wzorem Belgów powinniśmy trochę zwolnić, choć może, nie aż
tak. Jesteśmy zagonieni, poirytowani i często nieuprzejmi. Ja się staram, bo
uważam, że jeśli chce się zmian, należy zacząć od siebie.
Zdarzyło Wam się, że jakaś krótka, miła wymiana zdań
poprawiła Wam nastrój, sprawiła, że się uśmiechnęliście? Mówiąc językiem mojej
córki, zrobiła Wam dzień? Mnie się to przytrafia regularnie.
Jak każdy mam powody do marudzenia, do narzekania także, czasem
pomarudzę i ponarzekam do bliskich, szczególnie gdy mamy różnice zdań w
podejściu do porządku (choć mąż już mi to wyjaśnił: „kobiety sprzątają, żeby
było czysto, a mężczyźni – żeby nie było brudno”). Staram się nie wylewać frustracji
na innych, wszyscy mamy problemy, z czymś zmagamy, nigdy nie wiem z czym mierzy
się osoba, z którą rozmawiam. Jak jest kłopot, to warto pomarudzić, wyżalić się,
ale trzeba znaleźć życzliwą osobę, zaprosić przyjaciółkę na wino, umówić się z
przyjacielem na spacer albo pozawracać głowę naszym bliskim, ale żeby tak na
klatce schodowej, napotkanej przypadkiem osobie?
Narzekamy na pracę, finanse, kolejki, zdrowie, polityków
(tu czasem robię wyjątek), drożyznę, pogodę, sąsiadów, współpracowników, szefa.
No dobrze, powiecie, że jest na co narzekać, ale czy od marudzenia coś się
zmieni?
Jest jeszcze druga strona medalu. Moja mama ma wysoki, a
raczej zbyt wysoki poziom akceptacji i z natury niewiele narzeka, więc jak zadzwonię
i nie będę wnikać, rozmowa będzie wyglądała mniej więcej tak:
- Cześć mamuś, co u Was?
- U nas? Po staremu, wszystko dobrze, a u Was?
- U nas też bez zmian.
Koniec rozmowy.
Jeśli ktoś ma inaczej, to może jest łatwiej. Zadajesz
pytanie, co słychać i słuchasz albo udajesz, że słuchasz, najczęściej o dobrze znanych
Ci już problemach.
Jest jeden wyjątek, przyznam uczciwie, zimą narzekam na
zimno, a latem na gorąco, słabo sobie radzę z akceptacją temperatur innych niż
umiarkowane. W końcu nikt nie jest doskonały, prawda?
No, to sobie ponarzekałam na narzekanie.
Życzę dużo uśmiechów, uprzejmych sprzedawców i tego, by drobne, miłe sytuacje, jak najczęściej „robiły” Wam dzień.
Stokrotko to dowód na to, że czasem zachwycają nas te same miejsca.
Czasem mi się wydaje, że jestem wręcz mistrzynią narzekania i marudzenia. Dzieje się tak zwykle wtedy, gdy stawiam swoje potrzeby na ostatnim miejscu. Na szczęście jest we mnie również dużo otwartości i życzliwości, o której piszesz. Muszę wreszcie zacząć prowadzić dziennik wdzięczności. Jestem przekonana, że już po tygodniu dojdę do wniosku, że mam za co dziękować, że mam całkiem ciekawe życie i wiele powodów do radości :) Pozdrawiam serdecznie!
OdpowiedzUsuńZatem życzę jak najwięcej powodów do radości :)
OdpowiedzUsuńPowinnam się czuć zaszczycona,bo post prawie o mnie,a i tak nie jestem.I oto najlepszy dowód na to,że jestem melkontentką! HeHe
OdpowiedzUsuńNiestety,tak mi się ostatnio poukładało,że mimo iż dużo pozytywnego w moim życiu to jedna przykra sprawa to zasłania.Staram się,ale słaba istota ze mnie.
W pierwszej części cudowny komentarz. Co do drugiej, to bardzo mi przykro, że spotkało Cię coś trudnego. I wcale to nie oznacza, że jesteś słaba, tylko, że przeżywasz trudny czas. A na blogu znajdziesz też zdanie, że czasem to i poużalać się nad sobą trzeba, i pomarudzić też.
OdpowiedzUsuń